Nine Inch Nails "The Slip" (2008)
1. 999,999
2. 1,000,000
3. letting you
4. discipline
5. echoplex
6. head down
7. lights in the sky
8. corona radiata
9. the four of us are dying
10. demon seed
Trent Reznor zrobił fanom nie lada niespodziankę kiedy 5 maja biezącego roku nagle bez ostrzeżenia udostępnił na stronie zespołu całkowicie bezpłatnie swoje najnowsze dziecko, album „The Slip”. Przyznam jednak że początkowa faza „wow” szybko minęła i ustąpiła miejsca wątpliwościom – „Ale jak to? Nowy album? Tak szybko? Za darmo?”. Nine Inch Nails to zespół bardzo bliski memu sercu, zespół którego piosenki nie raz poprawiały mi humor, zmuszały do refleksji, albo po prostu dawały solidnego kopa. Czekanie na kolejne dzieło Pana R było swoistym rytuałem, godzinami siedziałem w necie, czytałem dyskusje na forach, szukałem wycieków i czytałem wywiady dotyczące nadchodzącego albumu. Teraz to wszystko zostało mi zabrane. Dostałem po prostu samą muzykę.
Pierwszy kontakt z płytą nie należał do udanych. Właściwie w ogóle nie miałem ochoty jej słuchać, po prostu nie byłem gotowy na nowy album NIN. Musiał więc on trochę odczekać aż przetrawię i przyjmę do wiadomości fakt że nagle pojawił się nowy longplay jednego z moich ulubionych zespołów a ja go nie wyczekiwałem od roku z wypiekami na twarzy. Gdy przyszło jednak do słuchania… sprawy przybrały zupełnie inny obrót…
Pomijając subtelne, ambientowe intro, płyta rozpoczyna się od dwóch mocnych uderzeń w postaci utworów „1,000,000” i „Letting You”. Oba utwory to szybkie, nasycone agresją i energią kawałki które mocno trzepią po uszach. A po nich następuje przerwa na… tańce. Tak jest, Trent po raz kolejny odwiedza „około popowe” okolice i raczy nas bardzo przebojowym i tanecznym utworem który na szczęście jednak dzięki charakterystycznym gitarom nie gubi NIN’owego klimatu. Począwszy od hipnotycznego „Echoplex” płyta zaczyna powoli wytracać tempo. Na szczególną uwagę zasługuje utwór „Head Down” którego senny, ciągnący się refren po prostu… wciąga. „Lights In The Sky” to bardzo spokojny i klimatyczny utwór którego nastrój potęguje wywołujący ciary szept Trent’a. Na The Slip znajdują się też dwa utwory instrumentalne które jednak nie do końca mnie przekonują. Pierwszy z nich – „Corona Radiata” jest moim zdaniem za długi i zbyt wolno się rozkręca przez co zupełnie wybija mnie z rytmu i negatywnie wpływa na moje postrzeganie tej płyty jako całości. Drugi instrumental jest zdecydowanie lepszy i przypomina trochę świetny „The Mark Has Been Made” z pamiętnego „The Fragile”. Album wieńczy utwór „Demon Seed” który łączy w sobie cechy utworów „1,000,000” i „Echoplex” i stanowi dobre podsumowanie płyty.
„The Slip” mimo początkowego kiepskiego wrażenia spowodowanego głównie sposobem dystrybucji w końcu przekonał mnie do siebie. Nie jest to na pewno najlepszy album NIN jednak na pewno też i nie najgorszy. Jest tu właściwie wszystko co w NIN lubię. Są agresywne gitarowe wymiatacze, jest bardzo przebojowy singiel którego można posłuchać zawsze gdy ma się ochotę na coś niezobowiązującego ale chciałoby się przy okazji posłuchać głosu Trenta. Jest też i nastrojowa wywołująca ciary na plecach ballada. Reasumując to po prostu więcej NIN które znamy i kochamy i do tego za darmo. Gdzieniegdzie ponadto przebijają się oznaki tego że Trent ciągle się rozwija i poszukuje i chociaż czasem zdarza mu się zapędzić w tych eksperymentach zbyt daleko i zabłądzić („Corona Radiata”) to jednak Trent i ja zawsze będę potrafił mu wybaczyć. Jako że album jest dostępny do ściągnięcia za darmo zachęcam do pobrania go i przesłuchania każdego otwartego na nowe muzyczne doznania. Miejcie tylko na uwadze to że jeśli chodzi o NIN, nie jestem obiektywny i jest spora szansa na to że w ogóle wam się ta płyta nie spodoba.
LINKI:
http://theslip.nin.com/ - wchodząc na tą stronę można sciągnąć za darmo cały album w kilku różnych formatach.
4 komentarze:
Zgadzam się w pełni z Twoją recenzją - płytka rzeczywiście bardzo smaczna... A za sposób dystrybucji to należą się Trentowi tylko oklaski :)
Ba ba ba, generalnie ostatnio fajnie być fanem NIN:> Heh.
W ogóle witamy pierwszego czytelnika który odważył się ujwanić i coś skomentować:) Hehe miło nam:>
Nie no, bez jajec. Ta płyta to taki ochłap, nagrany w przerwach między koncertami. Same wypełniacze, nieudolne kopiowanie samych siebie z lat wcześniejszych, zero nowych pomysłów jeśli chodzi o teksty, a do tego wyjątkowo żałosne kompozycje. Szczerze - wolałbym, żeby Reznor tej płyty nie nagrał.
No może i ochłap... ale mi się po prostu podoba... chociaż pierwsze wrażenie było nie najlepsze... nie wiem... może po prostu jak pisałeś w swojej recenzji, kiedyś z tego wyrosnę:P
Prześlij komentarz