środa, 14 maja 2008

Iron Man

ironman

Dlaczego tak bardzo lubimy filmy o superbohaterach?
Większość z nich to przecież tylko napakowani faceci z kwadratowymi szczękami mający tendencje do chodzenia w majtkach na spodniach. Do tego są zazwyczaj obrzydliwie bogaci, a ich służący noszą imiona postaci z wenezuelskich telenowel.
Nie wspomnę już nawet o ich śmiesznej modzie na peleryny. Pomyślcie tylko - gdyby któreś z Was zjawiło się w pracy lub szkole nosząc pelerynie, prawdopodobnie już zawsze chodzilibyście z przyczepioną do pleców karteczką "kopnij mnie", a Wasi dotychczasowi koledzy notorycznie wywracaliby wam tacki z jedzeniem. Wystarczy jednak, że podniesiecie kilka samochodów, spierzecie tyłki paru złoczyńcom i nagle staniecie się najfajniejszymi gośćmi w mieście. Oczywiście pod warunkiem, że Wasze majtki na spodniach będą firmowe.

W całym universum superbohaterów, faceci w maskach to bogate gbury (Bruce Wayne vel. Batman), pierdoły (Peter Parker vel Spiderman) albo kompletni lalusie (Clark Kent vel Superman - jedyny "bezmaskowiec").

Jak na tle swoich "kuzynów" wypada bohater "Iron Mana"?

Tony Stark jest geniuszem, właścicielem firmy produkującej i sprzedającej broń. Ma pieniądze, sławę, cięty język, wysoko rozwinięte poczucie humoru, lubi szastać forsą, hazard i szybką jazdę samochodem . Jest przystojny, świetnie radzi sobie z kobietami, a do tego cechuje go całkowity brak odpowiedzialności. Czy ktoś go jeszcze nie polubił?

Takiego Tony'ego poznajemy na początku filmu.
Niestety, nic co dobre nie może trwać wiecznie.
Podczas pokazu skonstruowanych przez siebie rakiet, nasz bohater jest świadkiem rzezi amerykańskich żołnierzy. Podczas masakry sam zostaje ranny, a następnie wzięty do niewoli przez terrorystów.
Napastnicy zmuszają Starka do zbudowania śmiercionośnych rakiet, które zaprezentował wcześniej na pokazie. Ten jednak wpada na inny pomysł i konstruuje potężny egzoszkielet, za pomocą którego chce wyrwać się z łap ciemiężców (jak pragnę zdrowia, zawsze chciałem użyć tego słowa... podobnie jak poprzedniego zwrotu :P).

Traumatyczne przeżycia pozostawiają w Tonym trwały ślad. Po powrocie do domu postanawia skończyć z produkcją broni; zamierzając poświęcić się dla dobra ludzkości.

W tym momencie większość filmów staje się przewidywalna. Bohater najczęściej przeobraża się w ponuraka, szyje sobie kostium z lajkry i doczepia do piersi obrazek z jakimś zwierzęciem lub robakiem. Potem wychodzi na dach wieżowca, wypina ową pierś i sterczy tam jak głupi przez kilka godzin dopóki wiatr nie zaplącze mu peleryny wokół twarzy lub nie zachce mu się do toalety (swoją drogą, scenarzyści zdają się zapominać o potrzebach biologicznych superbohaterów - większość z nich nie ma nawet rozporków!)

Przemiana Tony'ego Starka wyglądała nieco inaczej. Najpierw zaczął zalecać się do Gwyneth Paltrow (odgrywająco rolę Pepper Potts - seksowniejszą wersję batmanowego Alfreda), a potem skonstruował czadowy kombinezon, dzięki któremu stał się niemal niezniszczalny. To jednak nie uczyniło go choć odrobinę mniej zabawnym, bezczelnym i beztroskim. Czy może być coś fajniejszego? :D

Może gdyby Bruce Wayne był bardziej jak Tony, przygody Batmana nie przypominałyby tak bardzo telenoweli?

Wertując możliwości kostiumu Iron Mana, aż chce się powiedzieć "takie rzeczy to tylko w Erze". Zbroja pozwala Starkowi latać, przekraczać barierę dźwięku, jest odporna na pociski, wzmacnia jego siłę, a do tego można z niej strzelać. Czy wspominałem już o wbudowanym telefonie? iPhone może się schować.

Kiedy Tony wskakuje w kombinezon na ekranie dzieją się rzeczy, które sprawiają, że trudno nie poczuć przechodzących po plecach dreszczy, a na usta ciśnie się klasyczne "łoł".

Nasz bohater ucieka przed myśliwcami, niszczy czołgi i wyciąga ludzi przez ścianę, jednocześnie sypiąc żartami jak z rękawa i rozmawiając z kumplem przez telefon. A wszystko to przy wtórze dającej kopa muzyki (tu dudududu tu duudududu duuum!)

W rolę Starka wcielił się Robert Downey Jr. - aktor który jeszcze nigdy nie "superbohaterzył".
To był błąd.
Chyba nie ma sensu żebym niepotrzebnie rozpisywał się na temat tego, jak poradził sobie z rolą. Myślę, że moje wcześniejsze słowa mówią same za siebie...
Dodam tylko, żę "Robert Downey Jr. IS Iron Man!".
I kropka!

Muzyka, ujęcia, praca kamery, efekty specjalne - wszystkie te elementy stoją na wysokim poziomie.
Najważniejsze jest jednak, że "Iron Man" to prawdziwy film o superbohaterze.
Mamy tu wypasiony kostium (bez peleryny i majtek na spodniach - HA!), wybuchy, strzelaniny, piękne kobiety, mnóstwo humoru i świetnie zarysowane postacie.
Twórcy filmu zaserwowali nam kawał wyśmienitej rozrywki, której wady (jest ich na tyle mało, że nie warto ich nawet wymieniać) rekompensuje nam coś, co w tego rodzaju kinie jest chyba najważniejsze, czyli notoryczne powtarzanie "suuupeeer" w co drugiej scenie.

Gdyby ta recenzja była programem "Duże dzieci", w tej chwili przyszedł by czas na pytanie, czy przyjmujemy "Iron Mana" do naszego grona?
A więc?
...
JASNE KURDE, ŻE TAK!

1 komentarz:

Flor pisze...

Wciągająca i bardzo zachęcająco napisana recenzja :). Podpisuję się pod nią całkowicie... film na pewno wart jest obejrzenia, a Robert Downey Jr. bezbłędnie odegrał swoją rolą.

POLECAM! :P